Fundacja Kerstenów

Fundacja Kerstenów

Krystyna Kersten
 


Fundacja Kerstenów została założona w 2011 roku, aby uczcić i upamiętnić życie oraz dokonania Krystyny i Adama Kerstenów.

Moja przygoda z historią najnowszą

 Krystyna Kersten

Strona 1

Tekst odczytu wygłoszonego na spotkaniu sekcji kultury historycznej Towarzystwa Miłośników Historii, które odbyło się 27 października 1986.

Kiedy myślałam o tym, co mam do powiedzenia na temat sygnalizowany tytułem, długo szukałam właściwej formuły. Miałam mówić o moim uprawianiu historii najnowszej — a w późniejszej wersji o mojej z nią przygodzie. Zakładało to osobiste piętno, ale jednocześnie groziło przekroczeniem granicy, gdzie kończy się personal touch, a zaczyna teren, na którym łatwo popaść w egocentryzm, a nawet wręcz w ekshibicjonizm. Groziło nieskromnym zachwianiem proporcji między słowem „moja” i słowami „historia najnowsza”, połączonymi w zdanie słowem „przygoda” — słowem oznaczającym coś fascynującego, zawierającego element ryzyka, niespodzianki.

Owe dwa znaki: „moja” i „historia najnowsza”, wyznaczają pole, na które chcę dziś moich słuchaczy zaprowadzić. Leży ono na styku dwóch obszarów: jednego — obszaru kanonów metodologicznych, metodycznych, warsztatowych, badawczych wreszcie, uwzględniających swoistość problemów i uwarunkowań historii najnowszej jako nauki, oraz drugiego — obszaru moich indywidualnych — społecznych i intelektualnych — zaangażowań, ciekawości, pasji, ale również mych emocji, potrzeby doznawania więzi i przynależności; wierności sobie.

Obszar pierwszy wiąże się z odpowiedzialnością naukowca, zobowiązanego wymogami zawodowych kwalifikacji i zawodowej etyki. Obszar drugi należy do strefy odpowiedzialności człowieka żyjącego hic et nunc, w złożonej rzeczywistości dokonującego swoich wyborów i określającego w niej swoje miejsce. Oba te współistniejące obszary bywają komplementarne, ale częściej są konkurencyjne. Już to wskazuje, że ów wątek subiektywny, światło indywidualnego reflektora, nie może być przeoczony. W końcu historia przeżywana stanowi kontekst naszych działań jako historyków. Uprawiamy przecież nasz zawodowy ogródek, będąc zarazem uczestnikami toczącego się dramatu. Ci spośród historyków, którzy jako swą grządkę wybrali dzieje Polski i Polaków po 1945 r., są w szczególnie trudnej sytuacji – sprzężenie zwrotne między historią dziejącą się i historią uprawianą naukowo jest tu najbardziej intensywne.

Mówię to, bom smutna i sama pełna winy. A może raczej nie tyle winy, ile świadomości żywionych długo złudzeń o możliwości ucieczki od uwikłania historii uprawianej naukowo w historię, w którą byłam, jestem i będę zaangażowana osobiście. To znaczy — możliwości uwolnienia się od presji tego, co przeżywam, czego stanowię cząstkę, na to, co piszę bądź mówię jako historyk. I także odwrotnie — wpływu mojej wiedzy o przeszłości na poglądy, postawy i zachowania wobec problemów, jakie niesie dzień dzisiejszy.

Formułując temat tego odczytu, nie zdawałam sobie w pełni sprawy z wieloznaczności zdania: „Moja przygoda z historią najnowszą”, pociągnięta — mówiąc szczerze — jego efektownością, a może i prowokacyjnością. Ale właśnie w tym ujęciu, częściowo nieświadomie, zostało wyrażone przesłanie prezentowanych tu refleksji: sprowadza się ono, najprościej, do próby uzmysłowienia sobie skutków trudnego, często dysonansowego, współistnienia dwóch rytmów uczestnictwa w historii dziejącej się: raz — w roli historyka-badacza, raz jako po prostu człowieka borykającego się z mnogością problemów znaczących jego egzystencję. O wiele mniej dramatycznie by to zapewne wyglądało, gdybym po ukończeniu studiów nie wybrała historii najnowszej jako pola swoich badań. Cóż, przy innym wyborze owa dwoista przygoda byłaby przypuszczalnie bardziej bezpieczna, ale zarazem o ileż mniej pasjonująca, pozbawiona smaku podejmowania narzuconych przez życie wyzwań. Może i ten esej jest w jakimś stopniu wyzwaniem, użyczeniem głosu myślom niezbyt chętnie przywoływanym.

Wspomniałam o wyborze, ale słowo „wybrałam” nie jest tu najbardziej trafne — raczej należałoby powiedzieć „wybrana zostałam” przez mych mistrzów i nauczycieli. Co więcej, ten wybór nie był pomyślany jako zaszczyt bądź wyróżnienie. Przeciwnie, prof. Małowist i prof. Manteuffel z lepszych ode mnie uczniów nie rezygnowali na rzecz najnowszej historii. Prawda, że i ja bez większych oporów i sprzeciwów porzuciłam wówczas seminarium prof. Małowista, nauczyciela, który mnie ukształtował jako historyka, któremu zawdzięczam zarówno swój stosunek do rzemiosła historycznego, jak i znajomość zasad historycznego myślenia. Porzuciłam wiek XV, zamieniając rynek lokalny Wielunia na zachodniopomorską wieś po II wojnie światowej, a kręgi grodzkie na sprawozdania pełnomocnika rządu i sekretarza KW PZPR. I choć w ciągu owych 32 lat, jakie minęły od chwili, gdy jako kandydatka na kandydata nauk weszłam do gmachu Instytutu Historii, przyszło mi przynajmniej przez czas jakiś żałować swej decyzji z 1954 r. — żal nie dotyczył faktu, że pełna entuzjazmu dziewczyna w zetempowskim krawacie, jaką byłam w tym czasie, dziewczyna przekonana, że jak ma już spadać, to z najwyższego konia, obrała okres po 1945 r., a nie — powiedzmy — międzywojenne dwudziestolecie, jak proponował prof. Manteuffel.

Strona 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9

Źródło: Przegląd Powszechny, 1987, nr 3, s. 368–388.