Fundacja Kerstenów

Fundacja Kerstenów

Krystyna Kersten
 


Fundacja Kerstenów została założona w 2011 roku, aby uczcić i upamiętnić życie oraz dokonania Krystyny i Adama Kerstenów.

Bezdomny intelektualista w poszukiwaniu ratunku

 Krystyna Kersten

Franciszkowi Ryszce poświęcam  

Na kondycję intelektualisty w polskim krajobrazie po bitwie połowy naszego stulecia można różnie patrzeć. On sam — poza nielicznymi jednostkami, które już wcześniej uznały komunizm za ideę zbawienia ludzkości — uwikłany w historię dziejącą się poza nim, ponad nim i jego kosztem, lekceważony i niepytany o zdanie, choć instrumentalnie wykorzystywany, usiłował rozpaczliwie znaleźć dla siebie miejsce w rozpadającym się świecie. Tym świecie, w jakim się urodził i dorastał, z jakiego wykorzeniony został przez trzęsienie ziemi spowodowane przez dwa systemy totalitarne, przemiennie zwalczające się, współdziałające i toczące śmiertelny bój. Wykorzeniony dosłownie, tak jak tego doświadczyli intelektualiści ze Lwowa i Wilna, rzuceni falą przesiedleńczą na Zachód, tak jak to miało miejsce w wypadku licznej rzeszy uczonych, pisarzy, wysokiej klasy publicystów, którzy w dramatycznym dylemacie: wracać do kraju podległego i rządzonego przez komunistów czy pozostać na uchodźstwie na czas nieokreślony — wybrali uchodźstwo. Ale także wykorzeniony w sferze kulturowej, wydarty z tkanki duchowej, w której tkwił, która określała jego miejsce w świecie.

Melchior Wańkowicz w swym politycznym eseju Klub Trzeciego Miejsca, ogłoszonym w „Kulturze” w roku 1949, pisał, iż polska „inteligencja została wyłusknięta z form kulturalnych, wytworzonych przez dawne życie, co dla większości równa się wyrokowi śmierci”. On także bardzo trafnie dostrzegł, że bez pierwiastków podstawowych, jakimi są wspólne bodźce uczuciowe, pewne nakazy moralne, pewne jednakowe predyspozycje, pospólne niepisane nakazy, które w efekcie dały Armię Krajową i Powstanie Warszawskie, ludzie tworzą luźne zbiorowiska, niezdolne do czynów na wielką skalę. A także niezdolne stawić opór temu, co nadchodziło, siłom nowym, których celem było zburzenie starego ładu, by na jego miejsce stworzyć ład nowy, w założeniu bardziej sprawiedliwy, bardziej wolny, w rzeczywistości oparty na zniewoleniu człowieka.

Intelektualista polski dzielił swą mizerię z ówczesną intelektualną Europą, przeżywającą po kolejnej zawierusze światowej kryzys ducha, pełną lęku i niewiary w swe wartości, przekonaną o zmierzchu cywilizacji wyrosłej przed kilkoma tysiącami lat w basenie Morza Śródziemnego. „Europa — mówił André Malraux na inauguracyjnej sesji UNESCO w Paryżu — uważa się dzisiaj tylko za igraszkę przeznaczenia”. Publikując w pierwszym numerze „Kultury” dwa eseje: Paula Valéry’ego Z kryzysu ducha oraz Benedetta Crocego Zmierzch cywilizacji, pierwszy z roku 1919, drugi z roku 1946, redaktorzy pisma, które miało tak wielką odegrać rolę w polskim życiu intelektualnym, stwierdzali:

W obu tych głosach rozbrzmiewa głęboki smutek ludzi, którzy wszystkie swe siły i umiejętności oddali pracy nad pogłębieniem i wznoszeniem kultury europejskiej, aby dożyć wreszcie dni jej śmiertelnego niebezpieczeństwa i zagrożenia.

Aliści podzielając z europejską elitą intelektualną jej niepokoje, intelektualista polski znajdował się w położeniu żołnierza na pierwszej linii okopów, ba, partyzanta na obszarze zajętym przez wroga. W Łodzi, Warszawie, Krakowie nie było miejsca na kawiarniane dyskusje i spory. Lała się, najbardziej dosłownie, krew. Polski wymiar „zmierzchu Europy” zawierał w sobie gorzkie polskie obrachunki, był też przeniknięty treściami politycznymi. Opcja na rzecz sowieckiego nowatorstwa, jak to określał Croce, na rzecz nadeszłej od Wschodu dynamicznej, pewnej swej słuszności, antytradycjonalistycznej siły, na której sztandarach wypisane były hasła sprawiedliwości społecznej, co innego znaczyła nad Wisłą, co innego nad Sekwaną. Najogólniej — wybory nad Wisłą dokonywane były w warunkach egzystencjalnego zagrożenia, pod naciskiem wymuszającej je sytuacji ogólnonarodowej i jednostkowej, przy czym podejmowaniu ich od samego początku towarzyszył w większości wypadków przymus kompromisu z podstawowymi wartościami konstytuującymi morale jednostek i zbiorowości.

Ci, którzy wcześniej — na ogół na progu życia — uczynili z komunizmu swoją wiarę, już się wyzbyli owych wartości na rzecz idei uosabianej przez partię, znaczna wszelako część polskiej intelektualnej elity rozpoczęła swą edukację w sferze tłumienia, dławienia, zabijania emocji i racji stojących na drodze kompromisu ze stanowionym przez komunistów porządkiem dopiero w roku 1944 czy 1945. Czasem pomagali w tym funkcjonariusze NKWD i — później — MBP, których perswazje splatały się z perspektywami roztaczanymi przez Borejszę oraz intelektualnym czarem marksizmu, emanującym z „Kuźnicy”. Czarem, który uwiódł przecież tylu intelektualistów na Zachodzie, niepoddanych presji policyjnej. Ale najistotniejszą rolę odgrywało poczucie nieuniknionej konieczności, z którą trzeba się pogodzić, aby uratować nie tylko siebie, ale i tyle, ile się uda, z wartości kultury europejskiej, chrześcijaństwa, polskości. Przy czym, paradoksalnie, wbrew dość powszechnej opinii, intelektualiści z kręgów najszerzej rozumianej lewicy, pojmowanej jako etos wolnościowy i demokratyczny, bardziej byli narażeni na kłopoty z sumieniem niż intelektualiści o poglądach i postawach prawicowych. Oni to, jak później powie Sartre, musieli wybierać między wiernością prawdzie a wiernością „rewolucji”. I na ogół wybierali to drugie, sprzeniewierzając się tym samym swej społecznej funkcji. I doprawdy — cytując Saula Bellowa — „Człowiek może zainwestować wielki potencjał inteligencji w swoją niewiedzę, gdy jego potrzeba złudzenia jest głęboka”. Kołymę od Café Flore dzieliły tysiące kilometrów wówczas, gdy obóz w Rembertowie od Łodzi niewiele ponad dwieście.

Strona 1, 2, 3, 4,

Źródło: Odra, 1990, nr 2, s. 2—6.